Depresja to choroba braku miłości 3

Kategoria: Depresja jako problem społeczny i choroba cywlizacyjna



37
2010-07-02, 00:45
Milcząca obecność

Gdy przychodziłaś na kolejne spotkania i snułaś swoje urywane i smutne opowieści, często milczałem. Trochę z obawy, by cię niepotrzebnie nie dotknąć jakimś słowem, częściej z bezsilności, bo cóż można było tu powiedzieć; za którymś razem tanie słowa pociechy więzną w gardle. Widziałem, jak cię raniły „dobre rady” twoich bliskich: „Weź się w garść!”, „Postaraj się!”, „Przecież zawsze tak dobrze sobie radziłaś!”. A ty tymczasem pragnęłaś ciszy, w której można zniknąć, po prostu nie być. Dlatego na długie godziny zaszywałaś się we własnym łóżku, szukając upragnionego niebytu. Ale oni tego nie rozumieli i odmieniali przez wszystkie możliwe czasy i przypadki pojęcia: lenistwo, wina, a nawet grzech. To tylko wzmagało nieznośny ciężar istnienia. Osoba w depresji jest jak człowiek z rozległymi oparzeniami - gdzie byś nie dotknął, tam będzie bardziej bolało. Dlatego - zwłaszcza na początku - trzeba ograniczyć do minimum konieczny kontakt, ale nie wolno z niego rezygnować. Trzeba być obok, pielęgnować, cierpliwie czekać, nasłuchiwać, po prostu kochać.
Trochę to trwało, zanim udało się nam przekonać rodzinę, że to choroba, a nie zła wola czy lenistwo. „To nie twoja wina!” - powtarzałem im aż do znudzenia, prosząc, by poczekali, by nie robili zdziwionych min, ale okazywali życzliwość i byli cierpliwi. Tylko mama rozumiała to bez tłumaczenia.

To nie twoja wina!

Gdy się popełniło błąd lub nawet zgrzeszyło, czymś naturalnym i oczywistym wydają się wyrzuty sumienia i odpowiednia kara. Ale jak znosić poczucie winy, które nie ma żadnej wyraźnej przyczyny, w którym nie wiadomo za jakie grzechy ponosi się nieproporcjonalnie wielką karę? A ten mechanizm nierzadko jest jądrem depresji. Całymi tygodniami zamęczałaś się litaniami samooskarżeń i ostrych wyrzutów kierowanych pod własnym adresem. „Zawsze byłam do niczego! Słusznie ludzie mnie nie lubią! Byłam zbyt wyniosła i ambitna! Jestem nic niewarta! Nic nie potrafię! To moja wina! Moja bardzo wielka wina!…”. Oczywiście, nigdy nie jest tak, że jesteśmy zupełnie bez winy, ale też nie jesteśmy winni wszystkiemu, co złe na tym świcie! „To nie twoja wina, że jesteś w depresji!” - powtarzałem ci to tak wiele razy, że w końcu stało się to twoją mantrą, która uwalniała stopniowo od poczucia winy. „To nie twoja wina, że nie czułaś się dostatecznie kochana przez rodziców! To nie twoja wina, że on odrzucił twoją miłość! To nie twoja wina, że…”. Skąd brałem pewność, że to dobra formuła? Pomyśl sama: czy poczucie winy, które nie prowadzi do nawrócenia, ale do samozniszczenia, może pochodzić od Boga? Czy Boży Duch przynosi w duszy takie owoce?


Podobne tematy: